Kiedy sobie przypominam...
- Eren, co to jest?
- Wygląda jak nadepnięty szczur...
- Posprzątaj go natychmiast.
Zgarnąłem szczura na szufelkę i wyrzuciłem na dwór, w krzaki. Zaraz potem spotkałem Hanji. Kiedy opowiedziałem jej o szczurze, uśmiechnęła się przepraszająco. Stwierdziła, że biegła i niechcący go nadepnęła - oczywiście nie zdążyła go uprzątnąć, bo jej się spieszyło. Warknąłem, ale ona jedynie rozczochrała mi włosy.
- Spokojnie! - rzuciła radośnie, odchodząc. - Widzimy się wieczorem!
Pamiętam, że wtedy nie było mi do śmiechu. Jednak teraz na samo wspomnienie kąciki moich ust lekko wznoszą się ku górze.
Kiedy wspominam....
- Hanji! Nie mogę...
- Spokojnie, Eren. - Jej głos był opanowany i delikatny, kiedy nachylała się nade mną. Jedną dłoń położyła na moim czole. Była niesamowicie chłodna. Odchyliła moją głowę w tył. - Otwórz oczy.
I tak niemal nic nie widziałem. Świat zdawał się być jedynie zlepkiem kolorowych plam, w dodatku światło zachodzącego słońca drażniło moje oczy. Chciałem je zamknąć, ale wiedziałem, że nie mogę. Zgodziłem się, zgodziłem się na ten eksperyment... Musiałem wytrzymać do końca.
Usłyszałem, jak Hanji potrząsa buteleczką, a następnie poczułem, jak zimna kropla wpada wpierw do prawego oka, a następnie do lewego. Zamrugałem- tak jak za pierwszym razem, za drugim, za siódmym- i zamknąłem na chwilę oczy, po czym je otworzyłem. Hanji skierowała ostre światło lampy na moją twarz. Ból ponownie zaatakował moją czaszkę. Krzyknąłem.
- Hanji, błagam, dość! Nie wytrzymam!
- Zamknij oczy, Eren! - Zamknąłem, ale powieki szczypały mnie nie miłosiernie. Ona- jak za pierwszym, drugim i siódmym razem- zaczęła je masować. Potem zadała pytanie - Widzisz coś?
- Szarość... wszystko jest szare... mgliste...
- Ostatni raz, Erenie. I poczekamy na efekty.
Odkładam książkę na stolik i rozmasowuję skronie palcami. Pamiętam ten ból do dzisiaj. Mimowolnie patrzę przed siebie, w najdalszy punkt w pomieszczeniu, i sprawdzam ostrość widzenia. Wszystko dobrze. Nic się nie zmienia od tego czasu...
Kiedy Hanji skończyła eksperyment...
- Skończyliście już?
Nie widziałem nic, ale głos kaprala rozpoznałem od razu. Powoli wstałem z krzesełka.
- Tak. Zobaczymy, jak jego ciało na to zareaguje. Obecnie nie widzi nic. Z czasem powinien odzyskać wzrok.
Zapadła cisza. Postąpiłem dwa kroki do przodu i niemal natychmiast potknąłem się o pieniek drzewa. Ciężko upadłem na ziemię.
- Co, jeśli wzrok mu nie wróci? - zapytał Levi, ale wątpiłem, żeby był w tym choć cień troski.
- Spokojnie. Mam antidotum. Dobrze wiesz, że nie podjęłabym się takiego zadania, gdybym nie była odpowiednio przygotowana!
Mozolnie podnosiłem się z ziemi, kiedy ktoś chwycił mnie za ramiona i dźwignął do góry.
- Chodź, Eren - usłyszałem tuż przed sobą - mam coś dla ciebie do roboty.
Nie dał mi żadnego znaku, że już idzie. Po prostu sobie poszedł. Ruszyłem więc za nim, powoli i ostrożnie. Słyszałem, jak Hanji zajęła się zbieraniem sprzętu. Po dłuższej chwili Levi chwycił mnie za nadgarstek, przeklął na mnie kilka razy i poprowadził do budynku.
Wstaję z krzesełka i przeciągam się. Zabieram książkę ze stolika i wchodzę między regały, szukając odpowiedniego oznaczenia. "B". Przyciągam do siebie drabinę i wchodzę po niej, wkładając książkę na odpowiednie miejsce. Nagle wydaje mi się, że słyszę kroki. Odwracam się, ale nikogo tu nie ma.
Kiedy przyprowadził mnie tutaj....
- Kapralu... co mam zrobić?
Posadził mnie na krzesełku przed biurkiem. Sam siadł po mojej prawej stronie.
- Przed sobą masz książki. Pogrupuj je według grubości.
- Mam liczyć strony?! - To już było przegięcie. Wyciągnąłem dłoń i dotknąłem grzbietu grubego tomiszcza.
- Nie. Możesz to zrobić na oko.
- Ugh... Dziękuję, kapralu...
Chyba się wtedy uśmiechnął. Tak mi się wydawało. Wieczór zleciał bardzo szybko. Później Levi oprowadzał mnie po całym budynku, stojąc niedaleko na wypadek, gdybym spadł ze schodów albo wszedł w filar. Po którejś rundzie otworzył przede mną drzwi.
Teraz wiem, że te drzwi nie prowadziły do moich lochów.
Kiedy padł kolejny rozkaz...
- Połóż się na łóżku.
Posłusznie wykonałem polecenie. Buty zrzuciłem na bok, a następnie ułożyłem się wygodnie na plecach. Po chwili materac ugiął się obok mnie.
- Kapralu...
- Daruj sobie te tytuły, Eren. - Siadł niedaleko, przy moim biodrze. - Bolą cię oczy?
- Bardziej głowa...
Nagle poczułem jego palce na swoich skroniach. Delikatnie rozmasowywał mi czoło w zupełnej ciszy. Byłem zaskoczony. Mimo to nie protestowałem, ciesząc się, że ból ustępuje. Owładnęła mną natomiast senność i spokój. Czułem się dobrze. Spokojnie. Nie wiem, jak długo mnie tak masował. Ale kiedy przestał, natychmiast otworzyłem oczy, pragnąc na niego spojrzeć. Ciemność.
Znowu masuję sobie skronie, wracając w stronę fotela. Jednak po chwili przystaję, czując, jak dreszcz przebiega mi wzdłuż pleców. Gdy tylko zamykam oczy, widzę ciemność, ale jednocześnie czuję też to, co było. To, co nie dawało mi spać przez noce.
Czuję go...
Kiedy się nade mną nachyla...
- Levi? - szepnąłem, odwracając głowę w jego stronę. Natychmiast pogłaskał mnie po głowie.
- Jestem tu. Już jest noc. Śpij.
Z dworu dobiegło nas pohukiwanie sowy, a także szum drzew na wietrze. Westchnąłem.
- To jest twój pokój, prawda...?
Przez chwilę mi nie odpowiadał. Ale kiedy się odezwał, poczułem jego oddech na swoim policzku.
- Tak, mój. Wolisz spędzić tę noc w podziemiach?
Nie zdążyłem odpowiedzieć. Jego usta zamknęły moje na jedną krótką chwilę- i na wiele długich sekund. Gdy się odsunął, z mojego gardła wydobył się pisk zaskoczenia.
- Levi...
- Cii. Możesz tutaj spać.
- A ty?
Zachichotał, wplatając palce w moje włosy i ponownie mnie całując. Tym razem dłużej, ale nie głębiej. Chciałem, aby trwało to jak najdłużej, chciałem, aby był tu przy mnie cały czas. Myślałem o nim nawet wtedy, gdy wyszedł umyć się do łazienki. I wtedy, gdy położył się obok, tyłem do mnie.
Ledwo zasnąłem- ale z szerokim uśmiechem.
Teraz stoję przed regałem z książkami biologicznymi, trzymając palce na ustach. Wtedy nie wiedziałem, czy to była jedynie zachcianka, kaprys, czy może coś poważniejszego. Wtedy nigdy nie myślałem o Levim w ten sposób.
A teraz serce wali mi jak szalone na samo wspomnienie. Opuszczam dłoń na pierś, zaciskając ją w pięść. Przełykam ślinę, patrząc niewidzącym wzrokiem na te wszystkie księgi. A wtedy potrafiłem widzieć, nie patrząc.
Zdusiłem w sobie krzyk i jednym, szybkim ruchem zrzuciłem tomiszcza z półek. Jedno. Po drugim. Gięły się i wyginały, kartki się zaginały, niektóre wypadały... Byłem wściekły.
Kiedy był blisko...
Byłem oparty plecami o jego tors. Siedzieliśmy na łóżku przy otwartym oknie. On cierpliwie masował mi powieki, tak jak zaleciła Hanji. Z każdym dniem widziałem coraz lepiej. Po masażu kładłem się na łóżku i dostawałem zimny okład na oczy.
- Jak teraz widzisz? - spytał się trzeciego dnia Levi, sprawdzając coś w papierach przy biurku.
- Widzę zarys twojej sylwetki. Nie odróżniam kolorów, jedynie odcienie szarości. Twojej twarzy też nie widzę. Mimo to jest lepiej niż wczoraj.
Nie skomentował, tylko skupił całą swoją uwagę na papierach. Ja z powrotem położyłem zimny okład na oczy, mimowolnie zapadając w sen.
Obudził mnie dopiero jego niecierpliwy pocałunek.
- Levi...?!
Całował mnie namiętniej niż zwykle, bardziej bezpośrednio. Zrzuciłem jedną ręką okład, a drugą się podparłem. Natychmiast zaczął całować moją szyję. Jego ręce błądziły po moim torsie, sprawiając, że oblał mnie rumieniec. Sprawiał wrażenie człowieka, który ma mało czasu i musi się spieszyć. Wzdrygnąłem się na samą myśl.
- Levi! Poczekaj!
Warknął tylko między jednym pocałunkiem a drugim, zaciskając palce na moich biodrach. Po chwili jednak zwolnił, aż ostatnie pocałunki złożył na moim ramieniu niemal z wahaniem.
- Nie chciałeś się obudzić, gdy byłem delikatny.
Wydałem z siebie coś między krzykiem a jękiem, łapiąc go za koszulę i przyciągając jego twarz do mojej.
- Co ty mi zrobiłeś?!
Widziałem tylko jasną plamę, na której były niemal czarne oczy i usta. Jego grzywka połaskotała moje czoło.
- Nic. Dopiero zacząłem, więc nic nie przespałeś.
- Co tak nagle cię wzięło?!
Nagle to on chwycił mnie za koszulę, wbijając pięści w moją klatkę piersiową i wyduszając ze mnie powietrze. Zaraz jednak rozluźnił ucisk.
- Wyjeżdżam. Będziesz pod opieką Hanji.
Upadam na kolana, patrząc na książki. Zadrżałem. Z trudem przełykam ślinę, powtarzając pod nosem przekleństwa. Zaczynam zbierać książki i układać je w stosy, prostując pogniecione i rozdarte kartki. Po chwili otaczają mnie kolumny książek. I bolesne wspomnienia.
Kiedy odzyskałem wzrok...
Jadłem w spokoju kolację, kiedy nagle Hanji wpadła do pomieszczenia otwierając drzwi tak szeroko, że walnęły w ścianę. Szybko przełknąłem i wstałem, patrząc na jej zastygłą w niedowierzaniu twarz. Usta miała lekko rozchylone, oczy szeroko otwarte, a okulary wsunięte na głowę niczym opaskę. Była blada i ciężko oddychała.
- Hanji, co się stało?!
Podeszła do mnie i chwyciła mocno za ramiona. Dopiero wtedy jej oczy zaszkliły się od łez.
- Eren... on... on nie żyje...
Nie słyszę nic. Jest cicho. Za cicho. Nabieram powietrza do płuc i krzyczę. Długo, przeraźliwie, przeciągle. Zwijam się na ziemi, wśród książek, które poukładałem. Wszystko, co było później, to tylko zbiór niewyraźnych obrazków. Widziałem wszystko. Widziałem jego zmasakrowane ciało. Gdyby mi nie powiedzieli, że to on... ja... nigdy nie zdołałbym... go odróżnić...
Wrzask.
Histeria.
Kiedy próbuję go sobie przypomnieć...
Czuję go, jakby był tuż obok. W tej bibliotece. Przy mnie. Pamiętam spojrzenie jego szarych oczu. Był tak chłodny, tak poważny...
Kiedy próbuję sobie przypomnieć moje ostatnie wspomnienie z nim...
Jasna, szara plama, z ciemnymi oczami i ustami. Dlaczego... Dlaczego moje ostatnie w-wspomnienie z nim... musi być t-takie... szare i niewyraźne?!
poniedziałek, 29 lipca 2013
sobota, 27 lipca 2013
Wolność
Nie było już tylu Tytanów, aby mogły zmiażdżyć ludzkość. Ci Tytani, którzy ocaleli, błąkali się bez celu po świecie, czując, że TO, co się bało, teraz rozpoczęło łowy. Ostre łowy. Nie było zwierzyny, na którą mogli polować. Teraz to oni byli ICH zwierzyną.
Pierwszy raz... bali się.
Bali się ICH.
- C-co to jest?! - Armin gwałtownie wstrzymał konia. Mikasa również zatrzymała swojego, rozglądając się niespokojnie. Mocniej ścisnęła lejce, oddychając głęboko. Wzgórze gwałtownie opadało, ukazując miasto. Puste miasto. Ruiny. Sam widok wprawiał wszystkich w osłupienie. Kurz zalegał na dachach budynków, których potężne ściany osunęły się i poorały długie drogi. Wielkie tablice zionęły pustkami. Uliczne latarnie były powyginane i pozbijane. W tle stały potężne wiatraki, które zdawały się zaraz rozpaść przy byle podmuchu wiatru.
- Czy wiecie, jak pachnie śmierć? - odezwał się cicho Jean, bezmyślnie głaszcząc konia po szyi. Nikt się nie odezwał, jednak wszyscy jak na komendę wzięli głębszych wdech. Po chwili Jean dodał - Właśnie tak.
Kruk wrzasnął przeciągle i wzbił się tuż ponad głowami jeźdźców.
- Nie ma co tu siedzieć - westchnął kapral Levi, wyjeżdżając przed szereg. - Trzeba się temu przyjrzeć z bliska.
Odjechali nieco na wschód, znajdując mniej stromą drogę prowadzącą na dół. A potem wjechali do miasta. Dopiero teraz przekonali się, że to, co widzieli z góry, było żartem. Wśród opuszczonych budynków, rozbitego szkła, podartych materiałów i bezlistych, uschłych drzew czuli się nieswojo i obco.
- To wina Tytanów, prawda? - spytał Armin, schodząc z konia. Zadrżał, patrząc na zardzewiały szyld z niewyraźną resztką liter.
- To ich wina, że ludzie mieszkający tutaj... odeszli. - Eren spojrzał z ukosa na Mikasę, która przysunęła się nieco bliżej. - Zaniedbane i opuszczane miasto obróciło się w ruinę.
- Spodziewaliśmy się innego widoku... - stwierdziła dziewczyna z wyrzutem, otulając się szczelniej szalikiem. Armin podszedł do okna, w którym nie było szyby. Wskoczył do środka i się zachwiał. Zgarbił się i oparł jedną ręką o ścianę.
- Armin! - Eren zeskoczył na ziemię, rzucając lejce Mikasie. Szybko stanął przy oknie, chwytając przyjaciela za ramię. - Armin!
- W porządku... - szepnął blondyn. Wyprostował się powoli i odwrócił przodem w jego stronę. Po prostu... czujesz to?
Eren zamarł.
- Zapach zgnilizny... ale jakby...
- Zatęchły. Stary. Mięso... tu musi być mięso...
Armin był blady i wyglądał, jakby nadal miał ochotę zwymiotować. Mikasa zeszła ze swojego konia, zebrała wszystkie wierzchowce i przywiązała je do słupa niedaleko nich.
- Armin, przypilnuj koni, a my sprawdzimy z Erenem...
- Nie! - Armin przygryzł dolną wargę, po czym dodał - Pójdę z wami to sprawdzić. Dam radę.
Mikasa westchnęła, przeskoczyła przez okno i zdjęła szalik. Następnie oplotła nim Armina.
- Idziemy.
Minęli porozrzucane stoliki i popękany kontuar. Zapach dochodził z piwnicy. Eren nacisnął klamkę, ale ta nawet nie chciała się opuścić. Wyważył je więc kopniakiem, wzbijając w górę kolejne tumany kurzu. Zeszli po schodach w dół , otwierając kolejne drzwi. Było tu o wiele zimnej. Ziemia była wilgotna. Jakiś szczur przemknął tuż pod nogami Mikasy. Nadepnęła jego ogon, po czym od razu puściła. Armin podszedł do ogromnej półki. I zdusił krzyk.
- Mięso... - Stwierdziła Mikasa, przyglądając się zgniliźnie.
- Ludzkie...? - Spytał z obawą Armin, zamykając oczy.
- Wątpię. - Eren skierował się ku wyjściu. - Raczej zwierzęce. To wygląda mi na karczmę.
Znalazł go na dachu jednego z budynków. Stał z rękami założonymi na piersi, patrząc w dal. Nie zareagował na dźwięk jego kroków. Ciągle stał do niego tyłem, pozwalając, aby wiatr targał płaszcz. Skrzydła wolności zdawały się dławić brudem.
- Jesteśmy tu. - Wyszeptał Eren, stając obok.
- Jestem uczulony na kurz.
Eren otworzył usta, ale nic nie powiedział. Zamiast tego odchrząknął dyskretnie i przestąpił z nogi na nogę. W końcu spojrzał na kaprala. I zamarł. Na brudnych policzkach widniały ślady pozostawione przez łzy. Nagle ich spojrzenia się skrzyżowały.
- To była nasza wolność?
- To jest nasza przeszłość. - Eren stanął naprzeciw niego, łapiąc za nadgarstki. - Wiem, że wygląda to strasznie, ale hej, damy radę to naprawić! Tyle osiągnęliśmy, a mielibyśmy nie dać rady ze sprzątaniem?
Tak jak się spodziewał, Levi wcale się nie uśmiechnął. Jedynie oparł czoło o jego ramię, zaciskając palce na jego koszuli na plecach. Stali tak chwilę, wtuleni w siebie, pozwalając, aby ciszę przerywały jedynie nawoływania żołnierzy. W końcu Eren odsunął od siebie Leviego i potarł dłońmi jego zimne policzki. "Będzie dobrze" - szepnął mu w ucho, muskając je wargami.
- Nie pozwalaj sobie, Eren! - Warknięcie przypominało jedynie protest dziecka. Zaraz potem kapral usłyszał chichot. Już układał sobie w głowie kolejny protest, kiedy chłopak delikatnie go pocałował. Jego usta były ciepłe i delikatne. Pocałunek był czuły i pełny życia. Zupełnie nie pasujący do szarości wokół nich.
- Już niedługo będę mógł sobie pozwolić... - Eren spojrzał mu głęboko w oczy i uśmiechnął się delikatnie. - A ty, pozwolisz mi?
Levi przełknął ślinę. W końcu westchnął, brzydko przeklął, wplótł palce w jego włosy i przyciągnął jego twarz do siebie, stając na palcach.
Delikatnie. Przyzwalająco.
Obiecująco.
Przez ciężkie chmury przebiły się pojedyncze promienie słońca, przynosząc radość i nadzieję.
Pierwszy raz... bali się.
Bali się ICH.
- C-co to jest?! - Armin gwałtownie wstrzymał konia. Mikasa również zatrzymała swojego, rozglądając się niespokojnie. Mocniej ścisnęła lejce, oddychając głęboko. Wzgórze gwałtownie opadało, ukazując miasto. Puste miasto. Ruiny. Sam widok wprawiał wszystkich w osłupienie. Kurz zalegał na dachach budynków, których potężne ściany osunęły się i poorały długie drogi. Wielkie tablice zionęły pustkami. Uliczne latarnie były powyginane i pozbijane. W tle stały potężne wiatraki, które zdawały się zaraz rozpaść przy byle podmuchu wiatru.
- Czy wiecie, jak pachnie śmierć? - odezwał się cicho Jean, bezmyślnie głaszcząc konia po szyi. Nikt się nie odezwał, jednak wszyscy jak na komendę wzięli głębszych wdech. Po chwili Jean dodał - Właśnie tak.
Kruk wrzasnął przeciągle i wzbił się tuż ponad głowami jeźdźców.
- Nie ma co tu siedzieć - westchnął kapral Levi, wyjeżdżając przed szereg. - Trzeba się temu przyjrzeć z bliska.
Odjechali nieco na wschód, znajdując mniej stromą drogę prowadzącą na dół. A potem wjechali do miasta. Dopiero teraz przekonali się, że to, co widzieli z góry, było żartem. Wśród opuszczonych budynków, rozbitego szkła, podartych materiałów i bezlistych, uschłych drzew czuli się nieswojo i obco.
- To wina Tytanów, prawda? - spytał Armin, schodząc z konia. Zadrżał, patrząc na zardzewiały szyld z niewyraźną resztką liter.
- To ich wina, że ludzie mieszkający tutaj... odeszli. - Eren spojrzał z ukosa na Mikasę, która przysunęła się nieco bliżej. - Zaniedbane i opuszczane miasto obróciło się w ruinę.
- Spodziewaliśmy się innego widoku... - stwierdziła dziewczyna z wyrzutem, otulając się szczelniej szalikiem. Armin podszedł do okna, w którym nie było szyby. Wskoczył do środka i się zachwiał. Zgarbił się i oparł jedną ręką o ścianę.
- Armin! - Eren zeskoczył na ziemię, rzucając lejce Mikasie. Szybko stanął przy oknie, chwytając przyjaciela za ramię. - Armin!
- W porządku... - szepnął blondyn. Wyprostował się powoli i odwrócił przodem w jego stronę. Po prostu... czujesz to?
Eren zamarł.
- Zapach zgnilizny... ale jakby...
- Zatęchły. Stary. Mięso... tu musi być mięso...
Armin był blady i wyglądał, jakby nadal miał ochotę zwymiotować. Mikasa zeszła ze swojego konia, zebrała wszystkie wierzchowce i przywiązała je do słupa niedaleko nich.
- Armin, przypilnuj koni, a my sprawdzimy z Erenem...
- Nie! - Armin przygryzł dolną wargę, po czym dodał - Pójdę z wami to sprawdzić. Dam radę.
Mikasa westchnęła, przeskoczyła przez okno i zdjęła szalik. Następnie oplotła nim Armina.
- Idziemy.
Minęli porozrzucane stoliki i popękany kontuar. Zapach dochodził z piwnicy. Eren nacisnął klamkę, ale ta nawet nie chciała się opuścić. Wyważył je więc kopniakiem, wzbijając w górę kolejne tumany kurzu. Zeszli po schodach w dół , otwierając kolejne drzwi. Było tu o wiele zimnej. Ziemia była wilgotna. Jakiś szczur przemknął tuż pod nogami Mikasy. Nadepnęła jego ogon, po czym od razu puściła. Armin podszedł do ogromnej półki. I zdusił krzyk.
- Mięso... - Stwierdziła Mikasa, przyglądając się zgniliźnie.
- Ludzkie...? - Spytał z obawą Armin, zamykając oczy.
- Wątpię. - Eren skierował się ku wyjściu. - Raczej zwierzęce. To wygląda mi na karczmę.
Znalazł go na dachu jednego z budynków. Stał z rękami założonymi na piersi, patrząc w dal. Nie zareagował na dźwięk jego kroków. Ciągle stał do niego tyłem, pozwalając, aby wiatr targał płaszcz. Skrzydła wolności zdawały się dławić brudem.
- Jesteśmy tu. - Wyszeptał Eren, stając obok.
- Jestem uczulony na kurz.
Eren otworzył usta, ale nic nie powiedział. Zamiast tego odchrząknął dyskretnie i przestąpił z nogi na nogę. W końcu spojrzał na kaprala. I zamarł. Na brudnych policzkach widniały ślady pozostawione przez łzy. Nagle ich spojrzenia się skrzyżowały.
- To była nasza wolność?
- To jest nasza przeszłość. - Eren stanął naprzeciw niego, łapiąc za nadgarstki. - Wiem, że wygląda to strasznie, ale hej, damy radę to naprawić! Tyle osiągnęliśmy, a mielibyśmy nie dać rady ze sprzątaniem?
Tak jak się spodziewał, Levi wcale się nie uśmiechnął. Jedynie oparł czoło o jego ramię, zaciskając palce na jego koszuli na plecach. Stali tak chwilę, wtuleni w siebie, pozwalając, aby ciszę przerywały jedynie nawoływania żołnierzy. W końcu Eren odsunął od siebie Leviego i potarł dłońmi jego zimne policzki. "Będzie dobrze" - szepnął mu w ucho, muskając je wargami.
- Nie pozwalaj sobie, Eren! - Warknięcie przypominało jedynie protest dziecka. Zaraz potem kapral usłyszał chichot. Już układał sobie w głowie kolejny protest, kiedy chłopak delikatnie go pocałował. Jego usta były ciepłe i delikatne. Pocałunek był czuły i pełny życia. Zupełnie nie pasujący do szarości wokół nich.
- Już niedługo będę mógł sobie pozwolić... - Eren spojrzał mu głęboko w oczy i uśmiechnął się delikatnie. - A ty, pozwolisz mi?
Levi przełknął ślinę. W końcu westchnął, brzydko przeklął, wplótł palce w jego włosy i przyciągnął jego twarz do siebie, stając na palcach.
Delikatnie. Przyzwalająco.
Obiecująco.
Przez ciężkie chmury przebiły się pojedyncze promienie słońca, przynosząc radość i nadzieję.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)