Niebo było czyste, granatowe i gęsto obsypane gwiazdami. Księżyc wznosił się wysoko, oświetlając nieznacznie pole, na którym krzątali się ludzie. Drewno zrzucone było w jedno miejsce, otoczone okręgiem z kamieni. Wokół poustawiane były skrzynie i rozłożone koce. Wszędzie rozchodziły się echem śmiechy i rozmowy, niekiedy podniesione głosy, innym razem szepty.
- Mikasa! - Armin złapał dziewczynę za ramię i poprowadził na skraj polany. Dopiero wtedy, upewniając się, że go tu nie ma, spytał - Co z tortem?
Dziewczyna wskazała kciukiem na budynek za nimi.
- Spokojnie, Hanji obiecała, że się tym zajmie.
Mina Armina wcale nie wskazywała na to, że jest spokojny. W końcu machnął ręką.
- Gdzie Eren? - zapytał po chwili ciszy.
- Podobno z Jeanem. Spokojnie, mają przyjść niedługo. - Mikasa uśmiechnęła się ciepło. Rozluźniła poszarpany już szalik, po czym podeszła do pozostałych. Armin ruszył za nią, poprawiając włosy upięte w luźny kucyk.
Gdy Rainer wkładał papier ze starych gazet między drewno, do grupki osób dołączyli dwaj mężczyźni.
- Ej, ludzie! Wszystko gotowe? - Jean musiał niemal krzyknąć, aby przebić się przez rozgadany tłum. Sasha pokiwała głową, podając zapałki Erenowi.
- Eren - zaczęła Mikasa, kładąc mu rękę na ramieniu - rozpal ognisko.
Gdy ogień buchnął wysoko w górę, rozbrzmiały oklaski,a w ślad za nimi "sto lat". Eren odwrócił się do przyjaciół, uśmiechnięty i szczęśliwy. Nie spodziewał się, ze zorganizują coś takiego. Ba, że w ogóle coś zorganizują! Prezenty były skromne, ale przede wszystkim użyteczne. Hanji przyniosła tort, który sama robiła, a potem Jean wziął gitarę i zaczął grać. Wieczór upłynął spokojnie i wesoło. Gdy ognisko dogasło, wszyscy zaczęli się zbierać. Armin z Reinerem odprowadzili nieprzytomnego Erena do swojego łóżka, reszta- która była na siłach- pozbierała wszystkie rzeczy.
Osiemnastkę w końcu trzeba hucznie świętować, prawda?
~~
Słyszał jakieś szepty, ale obrócił się na bok i przycisnął ucho do policzka. Nie otwierał oczu, nie chciał. Jednak po chwili trzasnęły drzwi i skrzypnęło otwierane okno. Z cichym jękiem rozwarł powieki, powoli przyzwyczajając się do jasności panującej w pokoju. Ostrożnie siadł na łóżku i przyłożył dłoń do czoła, przeklinając. Ból był nieznośny.
- Ostro zabalowałeś, dzieciaku.
Nie miał siły się wyprostować, aby odnaleźć wzrokiem gościa. Po prostu cicho zapytał:
- Co tutaj pan robi, sir?
- Jakaś grupka dzieciaków zorganizowała ognisko, gdzie parę osób się upiło. W tym ty. Na szczęście kilka rozsądniejszych osób po was posprzątała, co nie oznacza, że ominie cię kara. Jak myślisz, co tutaj robię?
- Tak jest, sir.
Ledwo docierało do Erena, co mówił gość. Po prostu chciał, aby kac nagle w cudowny sposób zniknął.
- Spójrz na mnie, dzieciaku.
- Dlaczego pan mówi do mnie ciągle "dzieciaku", sir?
Westchnienie. I skrzypnięcie krzesełka.
- Nie zrozumiałeś polecenia?
W końcu Eren przeniósł wzrok na kaprala, starając się nie ziewać. Był taki cholernie zmęczony, niewyspany i obolały.
- Przepraszam - wymamrotał, przyglądając się, jak Levi siada na łóżku i przykłada mu dłoń do czoła.
- Ciągle się trzeba tobą zajmować, co? - westchnął, a następnie rozczochrał mu włosy.
- Um... sir...?
- Co?
- Czemu pan tu przyszedł, skoro nie było pana wczoraj...?
- Odpowiedziałeś sobie na pytanie.
Eren sapnął, padając z powrotem na poduszki. W pokoju panował miły przeciąg. Z rozkoszą zamknął oczy, próbując zapomnieć o rozrywającej się na małe fragmenty czaszce. Przez chwilę panowała cisza. Chłopak zastanawiał się, czy Leviego mogła przysłać Hanji, ale biorąc pod uwagę fakt, że ona sama wczoraj spiła się na umór, było to mało prawdopodobne. Nagle coś wylądowało na jego brzuchu. Otworzył szeroko oczy i spojrzał na prostokątne, niewielkie, biało-różowe pudełeczko. Zamrugał kilkakrotnie, spojrzał na Leviego, znowu na pudełko, znowu na Leviego, aż w końcu podniósł wieczko. W środku były czekoladki- jedne z najdroższych i najtrudniej dostępnych smakołyków.
- Heichou...
- Wszystkiego najlepszego. - Levi odwrócił wzrok, patrząc za okno. Nogę założył na nogę, będąc niemal plecami do chłopaka. Eren mimo to docenił gest i z szerokim uśmiechem podziękował. Następnie wziął jedną czekoladkę do ust, rozkoszując się jej cudownym smakiem.
- Słodyczy nie je się przed śniadaniem - zganił go Levi, nadal odwrócony tyłem. Eren przełknął czekoladkę i odparował:
- Trzeba było mi dać czekoladki po śniadaniu, sir, a nie przed.
Morderczy wzrok Leviego sprawił, że Eren natychmiast spuścił wzrok i zamknął pudełko, mrucząc pod nosem przeprosiny.
Jednak tylko tyle wystarczyło...
- Nieważne. Jedz, jak chcesz. To twój prezent i nie moja sprawa, co z nim zrobisz. - Mruknął kapral, poprawiając mankiet koszuli. Eren spojrzał na niego, unosząc brew w górę. Po chwili wzruszył ramionami i wyjął kolejną czekoladkę. Gdy ją włożył do ust, wzniósł opakowanie do góry, aby móc odczytać, jakie są smaki wypisane na spodzie opakowania.
- Jest toffi? - spytał cicho Levi, patrząc na chłopaka przez ramię.
- T-tak... Jest śmietankowo-toffi. Poza tym... śmietankowy, kokosowy, z likierem i wiśnią, z orzechami...
Levi odwrócił się przodem do Erena, patrząc takim wzrokiem, że czekoladki mimowolnie wypadły chłopakowi z rąk i rozsypały się na pościeli.
- Przepraszam! - zaczął Eren, choć zdawał sobie sprawę, że to jego pościel.
- Hm... - Kapral nie zwrócił uwagi na przeprosiny. Nakreślił palcem okrąg nad czekoladkami, po czym wziął jedną i przyjrzał się jej. - Powiedz "aaa".
Eren miał oczy jak dwa spodki. Mówiąc dosadniej- głośno mrugał ze zdziwienia. Kapral westchnął i z ironią zapytał:
- Czyżbyś nie dosłyszał?
Eren natychmiast otworzył szeroko usta, mówiąc "aaa". Levi wcisnął mu do ust czekoladkę, ale Eren nadal mówił "aaa".
- Kurwa, głąbie, połknij ją!
Eren natychmiast zaczął jeść czekoladkę, czując, jak rumieniec oblewa mu policzki. W ciszy przyglądał się, jak Levi wyjmuje z kieszeni chusteczkę i wyciera palce,w których miał słodkość.
- Jaki smak? - spytał kapral, składając chusteczkę na pół.
- Um... śmietankowy, sir.
Levi spojrzał na pościel, po czym wziął kolejną czekoladkę.
- A to?
- Chyba truskawka, sir.
Levi westchnął, kręcąc głową z niezadowoleniem. Bez uprzedzenia wepchnął czekoladkę do ust Erena, spokojnie pytając:
- Jaki. Smak?
Eren od razu, z pełną buzią, odpowiedział:
- Kokochowy, cher!
Levi uśmiechnął się niemal tryumfalnie, czekając, aż chłopak przełknie czekoladę. Zabawnie wyglądał. Niby zmęczony, niby blady, niby na kacu, ale rumiany, z potarganymi włosami i błyszczącymi, turkusowymi oczami. Wyglądał rozkosznie i- choć ciężko było mu się przyznać do tego przed samym sobą- słodko.
Gdy Eren dyskretnie oblizał usta, kapral trzymał następną czekoladkę w palcach. Z brwią wzniesioną ku górze włożył kolejną do jego ust.
- Toffi, cher.
Nie czekając, aż połknie czekoladkę, Levi ujął jego twarz w obie dłonie i złożył delikatny pocałunek na jego ustach. Poczekał dosłownie parę sekund, ale Eren go nie odepchnął. Pocałował go raz jeszcze, i jeszcze, aż ten nie rozchylił ust. Levi pogłębił pocałunek, zlizując z jego podniebienia czekoladę i toffi. Eren, wciąż nie bardzo wiedząc, co się dzieje, zacisnął palce na pościeli, patrząc prosto w szare oczy Leviego. Gdy ten w końcu go puścił i otarł usta chusteczką, Eren zdołał wykrztusić:
- Levi Heichou...
- Schowaj resztę czekoladek. - Levi wstał i wrzucił chusteczkę do kosza stojącego przy biurku. - Będą na deser.
~~
Siedzieli przy stole na dworze, jedząc obiad. Armin spoglądał z niepokojem na przyjaciela, który dłubał widelcem w talerzu bez widocznego zaangażowania. Zerknął na Mikasę która również uważnie obserwowała Erena. W końcu Armin westchnął, odchylił się na krześle i szturchnął chłopaka w ramię.
- Eren, co ci jest?
Ten drgnął, upuszczając widelec na stół. Natychmiast spojrzał na Armina, uśmiechając się uspokajająco.
- Wszystko w porządku - a zaraz potem dodał - To tylko kac.
Mikasa westchnęła, przełknęła ostatni kęs i odsunęła talerz od siebie. Otarła serwetką usta i zlustrowała ich spojrzeniem pary zimnych, czujnych oczu.
- Mówiłam, żebyś tyle nie pił. Armin wypił tylko kilka kieliszków, a ty?
- Też nie wypiłem dużo... - mruknął Eren, ciskając spojrzeniem błyskawice w stronę Armina. Blondyn uśmiechnął się tylko, wzruszając ramionami, po czym upił solidnie wody ze szklanki.
- Rano nie mogłam do ciebie przyjść, więc cały czas się martwiłam.
- Nikt ci się nie kazał o mnie martwić!
- Owszem, martwiłam się z własnej, nieprzymuszonej woli!
- Zacznij się martwić o kogoś innego!
- Ej, uspokójcie się, robicie niepotrzebne sceny... - wtrącił się Armin, kładąc dłonie na ramionach przyjaciół, którzy wstali z krzeseł i mierzyli się wzrokiem. - Eren nie jest dzieckiem, Mikasa. To były jego urodziny. Masz mu za złe, że się dobrze bawił?
- Alkohol nie jest potrzebny do dobrej zabawy - dziewczyna wycedziła przez zęby, strącając rękę blondyna i ciężko siadając na krześle.
- Ale czekoladki owszem... - mruknął pod nosem Eren, również zajmując swoje miejsce. Na pytające spojrzenie przyjaciół machnął ręką. - Nie przejmujcie się. To tylko kac.
Armin westchnął.
Po obiedzie Eren szedł do swojego pokoju. Nagle zza rogu wyszedł jego przyjaciel.
- Eren, można na chwilę?
- Jasne, pewnie! - Uśmiechnął się, wyciągając kluczyk z kieszeni i przekręcając go w zamku. Gdy weszli do środka, Armin siadł na krawędzi biurka.
- Co jest, Eren? Widzę, że coś jest nie tak.
Chłopak zamknął za sobą drzwi, rzucając kluczyk na szafkę nocną. Westchnął i siadł na krawędzi łóżka, patrząc na pościel zepchniętą w kąt. Pudełko czekoladek leżało obok kluczyków.
- Ja... niby od dawna... ale...
Armin zeskoczył z biurka. Gumka do włosów spadła na ziemię, uwalniając jego blond pasma. Podszedł do przyjaciela i usiadł obok, patrząc na niego z zaciekawieniem, może nieco z niecierpliwością, ale i spokojem. W końcu, gdy Eren wziął głębszy wdech, aby móc to z siebie wyrzucić, ktoś zapukał do drzwi.
- Otwarte! - Erenowi serce zabiło szybciej, gdy w drzwiach stanął Levi.
- Przeszkadzam?
Ten ton głosu. To wymowne, zimne spojrzenie. Armin natychmiast wstał.
- Nie, skąd, sir. - Zasalutował, po czym zwrócił się do Erena. - Tabletki niedługo powinny zadziałać. - Mrugnął do przyjaciela, po czym wyminął Leviego w drzwiach. Eren uśmiechnął się, zaciskając drżące dłonie w pięści. Drzwi zamknęły się z cichym trzaskiem.
- Gdzie są klucze?
- Tutaj, sir. - Eren wziął z szafki klucze, po czym wstał i zamknął drzwi, przekręcając dwa razy.
- Nadal cię boli głowa? - Levi podszedł do łóżka i zaczął je ścielać. Był tylko w spodniach i butach od munduru, natomiast koszulę miał zwykłą, białą, z ozdobnymi mankietami i wysokim kołnierzem. Gdy skończył, odwrócił się do Erena, czekając na odpowiedź.
- Tak, sir. Znaczy... zdecydowanie mniej. Jeszcze tylko trochę w skroniach...
Kapral gestem nakazał Erenowi podejść bliżej. Gdy stali naprzeciw siebie, palcem wskazał podłogę. Chłopak przełknął ślinę i zgiął kolana, aby być niższym od swojego przełożonego. I wtedy Levi pocałował go w lewą, a potem w prawą skroń.
- Boli jeszcze?
Eren pamiętał, jak był mały i się o coś uderzył. Obowiązkowo mama lub tata musieli pocałować bolące miejsce- ból znikał natychmiastowo.
- Nie, sir. Już nie boli.
Levi rzucił się na plecy na łóżko, splatając dłonie pod głową.
- Zdejmij mi buty.
Eren kiwnął głową, po czym oparł się kolanami o krawędź łóżka i zdjął jego buty. Położył je na ziemi, równo, aby nie dostać opieprzu. Levi, choć nadal się nie uśmiechał, wyglądał na zadowolonego.
- Mam nadzieję, że zostawiłeś czekoladki na deser.
Czyli jednak... Po części chłopak żałował, że nie zdążył się zwierzyć ze swoich uczuć i wydarzeń z rana przyjacielowi, ale z drugiej strony... może to i dobrze? Co by mu powiedział? Że od dawna podkochiwał się w kapralu? Zerknął na niego, a ich spojrzenia się skrzyżowały. Od razu odwrócił wzrok, czując, jak się rumieni. Nie było to kłamstwo. Ale nigdy się nikomu nie zwierzał. Był zajęty tytanami, ćwiczeniami i powierzonymi mu zadaniami, że nie zastanawiał się, co czuje do tego zimnego mężczyzny. Serce biło mu szybciej. Pewnie ze strachu. Cieszył się, jak go widział. Być może dlatego, że czuł się bezpieczniejszy w jego obecności. Smutno mu było, gdy był na niego zły. Może bał się, że spotka go kara.
Ale czy to na pewno o to chodziło? Po części tak. Ale nie do końca.
Prawda, jaką starał się nie dostrzegać, była oczywista. Zakochał się w nim już dawno. Ale nigdy nie był na tyle odważny, aby się do tego przyznać Teraz też próba zwierzenia się Arminowi spaliła na panewce. Teraz mężczyzna, do którego uczucie rozkwitło przez te lata, leżał na jego łóżku i czekał, aż Eren znowu go nakarmi.
Aż będzie miał pretekst, aby go pocałować.
Serce bezlitośnie obijało mu się o żebra. Niemal mechanicznie pokiwał głową.
- Tak, sir. Tak jak kazałeś.
- Wspominałeś, że jest jakaś czekoladka z alkoholem... Daj mi ją.
Eren pokiwał głową. Otworzył pudełko czekoladek i przyjrzał się każdej. W końcu wziął odpowiednią drżącymi rękami i nachylił się nad Levim.
- Ej, Eren. - Zimny głos kazał Erenowi się wstrzymać z karmieniem. - Nie tak mi ją podaj.
- A... a jak, sir?
Levi westchnął ciężko, po czym chwycił go za koszulę i przyciągnął do siebie. Eren spadł na niego, trzymając czekoladkę nadal w palcach. Szeroko rozwartymi oczami patrzył na kaprala, który przechylił nieco głowę.
- Weź czekoladkę między zęby. Dobrze. Przysuń się. Przegryź czekoladę.
Alkohol spłynął po wardze, a następnie brodzie Erena. Levi uniósł się na łokciu, drugą dłoń kładąc na plecach chłopaka, po czym zlizał likier z jego brody, wyżej, aż do wargi. Złapał zębami część czekoladki i oderwał ją od drugiej, sprawiając, że jeszcze więcej alkoholu spłynęło na wargi chłopaka. Zlizał ją, a wiśnie zabierając podczas pocałunku. W końcu odsunął się nieco, aby przełknąć czekoladę, po czym syknął na Erena. Chłopak spiął się nie wiedząc, co zrobił źle.
- Całuj mnie, idioto!
Eren czuł, jak oddech mu przyspieszył, jak serce waliło mu młotem, jak pot spływa mu po plecach... Zadrżał, przełykając swoją czekoladę. Levi, widząc, jaki skołowany jest chłopak, zwinnie przerzucił go na drugą stronę łóżka tak, że chłopak leżał na plecach.
- Widzę, że taki dzieciak jak ty jeszcze nie wie, jak się całować, co?
- Levi Heichou...
- Cicho. Teraz tylko "Levi", jasne?
Eren pokiwał głową.
Mężczyzna usiadł okrakiem na wysokości bioder Erena, zaciskając palce na pościeli obok jego głowy. Nachylił się, sprawiając, że grzywka wpadła mu do oczu. Jego usta smakowały czekoladą i alkoholem. Były delikatne, takie niewinne, dziewicze... Uśmiechnął się do swoich myśli, przygryzając jego dolną wargę i lekko ją ciągnąc.
- Powiedziałem, abyś mnie całował, czyż nie? - syknął mu wprost do ucha, muskając wargami jego płatek. Eren cichutko potwierdził, po czym pocałował jego szyję. Levi przysunął się tak, aby ich usta mogły się zetknąć w kolejnym pocałunku. Choć Eren starał się jak mógł, Levi nie mógł powstrzymać uśmieszku. W końcu wyprostował się, zgarniając palcami włosy do tyłu.
- Nieźle, ale jeszcze musisz się dużo nauczyć - powiedział Levi, mrugając od niego.
- Tak, sir...
- Eren. - Tym razem Levi był już poważny- o ile wcześniej poważny nie był- i patrzył chłopakowi prosto w oczy. - Do ciebie należy decyzja, czy tego chcesz, czy nie. - Akcent padł na słowo, od którego Erenowi dreszcz przebiegł po plecach.
Nie wierzył, że to słyszy. Nie wierzył, że tego właśnie chce. Chcą. Oboje... chcieli tego? Ale zaraz... skoro tak nagle to wszystko się potoczyło, to czy nie było to zwykłe pożądanie? Owszem, kochał Leviego, tego pedanta, kaprala, mężczyznę, kochał go, ale czy działało to w obie strony...?
- Skoro się wahasz, to nie nalegam. - Coś błysnęło w oku Leviego, coś, co Erenowi kazało złapać go za nadgarstek i nakazać pozostać na miejscu, gdy ten chciał z niego zejść.
- He... Levi... - szepnął, czując, jak okropna gula stanęła mu w gardle. Z trudem ją przełknął, ale dokończył myśl, dzielnie wytrzymując kontakt wzrokowy z kapralem. - Ja... kocham cię.
Nie tego się Levi spodziewał. I ten szok, wymalowany na jego twarzy, był jak cios prosto w serce. Więc nie tego kapral oczekiwał. Jedynie przespania się ze sobą, to wszystko. Nic ponad to. A teraz on wyznał mu swoje uczucia. Zachciało mu się płakać, ale nie uronił ani jednej łzy.
- Kochasz mnie? - Levi powtórzył jak echo, rozchylając nieco usta. Po chwili na jego twarz wstąpił delikatny, uroczy uśmiech, tak bardzo nie pasujący do jego zwykle naburmuszonej twarzy. Potrząsnął głową, poprawił kołnierz, parsknął śmiechem... Ale gdy ponownie spojrzał na Erena, jego oczy zdawały się być pełne radości.
Levi. Radość. Miłość. Czemu nadal brzmiało to dla Erena jak paradoks? Czemu nadal wydawało się to dziwnie ze sobą kontrastować, gdy Levi pochylił się, aby znowu pocałować jego słodkie usta? Wplótł palce w jego włosy, nie pozwalając mu się odsunąć choćby na milimetr. Leviemu to nie przeszkadzało. Całował, póki nie brakło mi tchu, póki nie odsunęli się od siebie.
- Eren... - zaczął Levi, głaszcząc go po głowie. - Wcześniej... byłeś po prostu za mały.
Eren zrobił tak dziwną minę, coś pomiędzy gniewem a rozbawieniem, że Levi zachichotał mimowolnie. Pocałował go w czoło.
- Nadal boli cię głowa?
- Nie, hei... Levi, już nie.
- Też cię kocham, dzieciaku.
Eren ledwo zdążył zrobić głębszy wdech, gdy znowu połączyli się w pocałunku. Tym razem nie był mu dłużny. Wsunął dłonie pod jego białą koszulę, masując jego plecy. Wyczuwał długie, szerokie blizny, które zostawiły pasy od trójwymiarowego manewru. Wyczuwał jego drżenie, jego ciepło... Niemal wpił się w niego ustami, pragnąc więcej...
- Eren... - sapnął Levi, rozpinając guziki jego koszuli. - Chcesz tego?
Znowu akcent na to słowo.
- Tak... - Cicho, choć zdecydowanie. Levi uśmiechnął się szerzej, po czym zrzucił koszulę Erena na ziemię. Całował jego szyję, szczególnie obojczyk, ramiona... Eren przesunął dłonie na brzuch mężczyzny. Jęknął cicho, gdy ten polizał jego sutki. Zadrżał, gdy głośno pocałował. Wygiął się w łuk, przytrzymując mocno bioder Leviego. Ale to był dopiero początek... Levi w końcu sam zdjął z siebie koszulę, popatrzył na nią krytycznie, aż w końcu z westchnieniem zrzucił ją na ziemię. Następnie spojrzał na Erena. Niżej. Niżej...
- L-Levi... Nie patrz...
Chichot.
- To nie ty tu wydajesz rozkazy, Eren. - Po tych słowach dotknął krocza chłopaka. Eren wziął głęboki wdech, zamykając sobie usta dłonią. - Już? - Levi pokręcił głową z niedowierzaniem. Nacisnął nieco, aż w końcu rozpiął rozporek chłopaka. Rozkoszował się westchnieniami Erena, tym nieśmiałym uśmiechem... Spodnie spadły na ziemię. Po chwili również bielizna.
- H-heichou! - pisnął Eren, zaciskając palce na pościeli. Levi nie słuchał. Zaczął kreślić wzory językiem na jego brzuchu, bawiąc się lewą ręką jego męskością. Jęki stały się głośniejsze. W końcu Levi podparł się obiema dłońmi obok bioder, patrząc głęboko w oczy Erenowi. Uśmieszek.
- Levi!
Kolejny dreszcz. Rozkosz. Namiętność. Szeptane imiona. Czekoladki na szafce. Słońce zmierzające ku zachodowi...
Levi pieścił go językiem i wargami, sprawiając, że podniecenie ogarniało Erena szybciej i szybciej...
- Levi... - szepnął Eren takim tonem, że mężczyzna spojrzał na niego pytająco. Nim znowu się pochylił, Eren dźwignął się do siadu i zaczął rozbierać Leviego ze spodni. Kapral uśmiechał się, głaszcząc go po policzku. W końcu oboje byli nadzy.
I Eren znowu znalazł się na dole. Oplótł nogami Leviego w pasie, unosząc biodra. Dłońmi gładził jego kark, gdy ten w niego wszedł. Szybko. Cicho. Przyjemnie...
Cisza.
Jęk.
- Levi!
Westchnienie.
- Levi...
Szybciej, szybciej...
- Eren....
Przyspieszone oddechy. Serca bijące w jednym rytmie.
- Levi!
Jęk. I westchnienie ulgi. Zaraz po nim kolejne, tym razem mężczyzny.
Levi, wychodząc z chłopaka, przetarł czoło przedramieniem, uśmiechając do niego. Eren, zadowolony, ale też zawstydzony, przewrócił się na bok. Levi nachylił się nad nim, pocałował go w ramię, w ucho i szepnął:
- Powiedzmy, że czekoladki to były przeprosiny za to, że mnie wczoraj nie było z tobą. A seks... to prezent na osiemnastkę, dzieciaku.
- Cholera...
Levi położył się obok niego, obejmując w pasie i przytulając do siebie.
~~
Mikasa patrzyła podejrzliwie na Erena. Armin patrzył jeszcze bardziej podejrzliwie. Eren zarumienił się nieco, odwrócił wzrok i spytał:
- No co?
Nagle minęli ich Hanji, Levi i Erwin. Trójka przyjaciół zasalutowała. Po chwili wahania Eren się odezwał:
- Levi!
Kapral zatrzymał się i obejrzał na niego. Nie uśmiechał się. Patrzył zimno i niemal ze znudzeniem.
- Dla ciebie KAPRAL Levi, dzieciaku.
Armin założył ręce na piersi, przyglądając, jak Eren rumieni się jeszcze bardziej.
- Tak jest, sir!
Hanji również się zatrzymała, mrużąc oczy i przenosząc wzrok z Erena na Leviego.
- Przyjdź do mnie po kolacji. - Rozkazał Levi, odwracając się na pięcie i ruszając dalej.
- Dobrze, sir!
Gdy odeszli, Mikasa syknęła.
- Nie lubię tego dupka...
Eren przewrócił oczami.
- Cóż... z jego podejściem wątpię, abyśmy się przy tobie całowali... ale w razie czego będziemy cię unikać.
Eren przybił piątkę Arminowi i ze śmiechem poszli w swoją stronę, zostawiając za sobą zdezorientowaną Mikasę.
_________
Przepraszam za wszelkie błędy, przepraszam, że to napisałam, przepraszam, nie lubię Mikasy x.x
Z dedykacją dla Misiuchy. Amen. (Przeżyłam! XDD)
wtorek, 6 sierpnia 2013
poniedziałek, 29 lipca 2013
Kiedy...
Kiedy sobie przypominam...
- Eren, co to jest?
- Wygląda jak nadepnięty szczur...
- Posprzątaj go natychmiast.
Zgarnąłem szczura na szufelkę i wyrzuciłem na dwór, w krzaki. Zaraz potem spotkałem Hanji. Kiedy opowiedziałem jej o szczurze, uśmiechnęła się przepraszająco. Stwierdziła, że biegła i niechcący go nadepnęła - oczywiście nie zdążyła go uprzątnąć, bo jej się spieszyło. Warknąłem, ale ona jedynie rozczochrała mi włosy.
- Spokojnie! - rzuciła radośnie, odchodząc. - Widzimy się wieczorem!
Pamiętam, że wtedy nie było mi do śmiechu. Jednak teraz na samo wspomnienie kąciki moich ust lekko wznoszą się ku górze.
Kiedy wspominam....
- Hanji! Nie mogę...
- Spokojnie, Eren. - Jej głos był opanowany i delikatny, kiedy nachylała się nade mną. Jedną dłoń położyła na moim czole. Była niesamowicie chłodna. Odchyliła moją głowę w tył. - Otwórz oczy.
I tak niemal nic nie widziałem. Świat zdawał się być jedynie zlepkiem kolorowych plam, w dodatku światło zachodzącego słońca drażniło moje oczy. Chciałem je zamknąć, ale wiedziałem, że nie mogę. Zgodziłem się, zgodziłem się na ten eksperyment... Musiałem wytrzymać do końca.
Usłyszałem, jak Hanji potrząsa buteleczką, a następnie poczułem, jak zimna kropla wpada wpierw do prawego oka, a następnie do lewego. Zamrugałem- tak jak za pierwszym razem, za drugim, za siódmym- i zamknąłem na chwilę oczy, po czym je otworzyłem. Hanji skierowała ostre światło lampy na moją twarz. Ból ponownie zaatakował moją czaszkę. Krzyknąłem.
- Hanji, błagam, dość! Nie wytrzymam!
- Zamknij oczy, Eren! - Zamknąłem, ale powieki szczypały mnie nie miłosiernie. Ona- jak za pierwszym, drugim i siódmym razem- zaczęła je masować. Potem zadała pytanie - Widzisz coś?
- Szarość... wszystko jest szare... mgliste...
- Ostatni raz, Erenie. I poczekamy na efekty.
Odkładam książkę na stolik i rozmasowuję skronie palcami. Pamiętam ten ból do dzisiaj. Mimowolnie patrzę przed siebie, w najdalszy punkt w pomieszczeniu, i sprawdzam ostrość widzenia. Wszystko dobrze. Nic się nie zmienia od tego czasu...
Kiedy Hanji skończyła eksperyment...
- Skończyliście już?
Nie widziałem nic, ale głos kaprala rozpoznałem od razu. Powoli wstałem z krzesełka.
- Tak. Zobaczymy, jak jego ciało na to zareaguje. Obecnie nie widzi nic. Z czasem powinien odzyskać wzrok.
Zapadła cisza. Postąpiłem dwa kroki do przodu i niemal natychmiast potknąłem się o pieniek drzewa. Ciężko upadłem na ziemię.
- Co, jeśli wzrok mu nie wróci? - zapytał Levi, ale wątpiłem, żeby był w tym choć cień troski.
- Spokojnie. Mam antidotum. Dobrze wiesz, że nie podjęłabym się takiego zadania, gdybym nie była odpowiednio przygotowana!
Mozolnie podnosiłem się z ziemi, kiedy ktoś chwycił mnie za ramiona i dźwignął do góry.
- Chodź, Eren - usłyszałem tuż przed sobą - mam coś dla ciebie do roboty.
Nie dał mi żadnego znaku, że już idzie. Po prostu sobie poszedł. Ruszyłem więc za nim, powoli i ostrożnie. Słyszałem, jak Hanji zajęła się zbieraniem sprzętu. Po dłuższej chwili Levi chwycił mnie za nadgarstek, przeklął na mnie kilka razy i poprowadził do budynku.
Wstaję z krzesełka i przeciągam się. Zabieram książkę ze stolika i wchodzę między regały, szukając odpowiedniego oznaczenia. "B". Przyciągam do siebie drabinę i wchodzę po niej, wkładając książkę na odpowiednie miejsce. Nagle wydaje mi się, że słyszę kroki. Odwracam się, ale nikogo tu nie ma.
Kiedy przyprowadził mnie tutaj....
- Kapralu... co mam zrobić?
Posadził mnie na krzesełku przed biurkiem. Sam siadł po mojej prawej stronie.
- Przed sobą masz książki. Pogrupuj je według grubości.
- Mam liczyć strony?! - To już było przegięcie. Wyciągnąłem dłoń i dotknąłem grzbietu grubego tomiszcza.
- Nie. Możesz to zrobić na oko.
- Ugh... Dziękuję, kapralu...
Chyba się wtedy uśmiechnął. Tak mi się wydawało. Wieczór zleciał bardzo szybko. Później Levi oprowadzał mnie po całym budynku, stojąc niedaleko na wypadek, gdybym spadł ze schodów albo wszedł w filar. Po którejś rundzie otworzył przede mną drzwi.
Teraz wiem, że te drzwi nie prowadziły do moich lochów.
Kiedy padł kolejny rozkaz...
- Połóż się na łóżku.
Posłusznie wykonałem polecenie. Buty zrzuciłem na bok, a następnie ułożyłem się wygodnie na plecach. Po chwili materac ugiął się obok mnie.
- Kapralu...
- Daruj sobie te tytuły, Eren. - Siadł niedaleko, przy moim biodrze. - Bolą cię oczy?
- Bardziej głowa...
Nagle poczułem jego palce na swoich skroniach. Delikatnie rozmasowywał mi czoło w zupełnej ciszy. Byłem zaskoczony. Mimo to nie protestowałem, ciesząc się, że ból ustępuje. Owładnęła mną natomiast senność i spokój. Czułem się dobrze. Spokojnie. Nie wiem, jak długo mnie tak masował. Ale kiedy przestał, natychmiast otworzyłem oczy, pragnąc na niego spojrzeć. Ciemność.
Znowu masuję sobie skronie, wracając w stronę fotela. Jednak po chwili przystaję, czując, jak dreszcz przebiega mi wzdłuż pleców. Gdy tylko zamykam oczy, widzę ciemność, ale jednocześnie czuję też to, co było. To, co nie dawało mi spać przez noce.
Czuję go...
Kiedy się nade mną nachyla...
- Levi? - szepnąłem, odwracając głowę w jego stronę. Natychmiast pogłaskał mnie po głowie.
- Jestem tu. Już jest noc. Śpij.
Z dworu dobiegło nas pohukiwanie sowy, a także szum drzew na wietrze. Westchnąłem.
- To jest twój pokój, prawda...?
Przez chwilę mi nie odpowiadał. Ale kiedy się odezwał, poczułem jego oddech na swoim policzku.
- Tak, mój. Wolisz spędzić tę noc w podziemiach?
Nie zdążyłem odpowiedzieć. Jego usta zamknęły moje na jedną krótką chwilę- i na wiele długich sekund. Gdy się odsunął, z mojego gardła wydobył się pisk zaskoczenia.
- Levi...
- Cii. Możesz tutaj spać.
- A ty?
Zachichotał, wplatając palce w moje włosy i ponownie mnie całując. Tym razem dłużej, ale nie głębiej. Chciałem, aby trwało to jak najdłużej, chciałem, aby był tu przy mnie cały czas. Myślałem o nim nawet wtedy, gdy wyszedł umyć się do łazienki. I wtedy, gdy położył się obok, tyłem do mnie.
Ledwo zasnąłem- ale z szerokim uśmiechem.
Teraz stoję przed regałem z książkami biologicznymi, trzymając palce na ustach. Wtedy nie wiedziałem, czy to była jedynie zachcianka, kaprys, czy może coś poważniejszego. Wtedy nigdy nie myślałem o Levim w ten sposób.
A teraz serce wali mi jak szalone na samo wspomnienie. Opuszczam dłoń na pierś, zaciskając ją w pięść. Przełykam ślinę, patrząc niewidzącym wzrokiem na te wszystkie księgi. A wtedy potrafiłem widzieć, nie patrząc.
Zdusiłem w sobie krzyk i jednym, szybkim ruchem zrzuciłem tomiszcza z półek. Jedno. Po drugim. Gięły się i wyginały, kartki się zaginały, niektóre wypadały... Byłem wściekły.
Kiedy był blisko...
Byłem oparty plecami o jego tors. Siedzieliśmy na łóżku przy otwartym oknie. On cierpliwie masował mi powieki, tak jak zaleciła Hanji. Z każdym dniem widziałem coraz lepiej. Po masażu kładłem się na łóżku i dostawałem zimny okład na oczy.
- Jak teraz widzisz? - spytał się trzeciego dnia Levi, sprawdzając coś w papierach przy biurku.
- Widzę zarys twojej sylwetki. Nie odróżniam kolorów, jedynie odcienie szarości. Twojej twarzy też nie widzę. Mimo to jest lepiej niż wczoraj.
Nie skomentował, tylko skupił całą swoją uwagę na papierach. Ja z powrotem położyłem zimny okład na oczy, mimowolnie zapadając w sen.
Obudził mnie dopiero jego niecierpliwy pocałunek.
- Levi...?!
Całował mnie namiętniej niż zwykle, bardziej bezpośrednio. Zrzuciłem jedną ręką okład, a drugą się podparłem. Natychmiast zaczął całować moją szyję. Jego ręce błądziły po moim torsie, sprawiając, że oblał mnie rumieniec. Sprawiał wrażenie człowieka, który ma mało czasu i musi się spieszyć. Wzdrygnąłem się na samą myśl.
- Levi! Poczekaj!
Warknął tylko między jednym pocałunkiem a drugim, zaciskając palce na moich biodrach. Po chwili jednak zwolnił, aż ostatnie pocałunki złożył na moim ramieniu niemal z wahaniem.
- Nie chciałeś się obudzić, gdy byłem delikatny.
Wydałem z siebie coś między krzykiem a jękiem, łapiąc go za koszulę i przyciągając jego twarz do mojej.
- Co ty mi zrobiłeś?!
Widziałem tylko jasną plamę, na której były niemal czarne oczy i usta. Jego grzywka połaskotała moje czoło.
- Nic. Dopiero zacząłem, więc nic nie przespałeś.
- Co tak nagle cię wzięło?!
Nagle to on chwycił mnie za koszulę, wbijając pięści w moją klatkę piersiową i wyduszając ze mnie powietrze. Zaraz jednak rozluźnił ucisk.
- Wyjeżdżam. Będziesz pod opieką Hanji.
Upadam na kolana, patrząc na książki. Zadrżałem. Z trudem przełykam ślinę, powtarzając pod nosem przekleństwa. Zaczynam zbierać książki i układać je w stosy, prostując pogniecione i rozdarte kartki. Po chwili otaczają mnie kolumny książek. I bolesne wspomnienia.
Kiedy odzyskałem wzrok...
Jadłem w spokoju kolację, kiedy nagle Hanji wpadła do pomieszczenia otwierając drzwi tak szeroko, że walnęły w ścianę. Szybko przełknąłem i wstałem, patrząc na jej zastygłą w niedowierzaniu twarz. Usta miała lekko rozchylone, oczy szeroko otwarte, a okulary wsunięte na głowę niczym opaskę. Była blada i ciężko oddychała.
- Hanji, co się stało?!
Podeszła do mnie i chwyciła mocno za ramiona. Dopiero wtedy jej oczy zaszkliły się od łez.
- Eren... on... on nie żyje...
Nie słyszę nic. Jest cicho. Za cicho. Nabieram powietrza do płuc i krzyczę. Długo, przeraźliwie, przeciągle. Zwijam się na ziemi, wśród książek, które poukładałem. Wszystko, co było później, to tylko zbiór niewyraźnych obrazków. Widziałem wszystko. Widziałem jego zmasakrowane ciało. Gdyby mi nie powiedzieli, że to on... ja... nigdy nie zdołałbym... go odróżnić...
Wrzask.
Histeria.
Kiedy próbuję go sobie przypomnieć...
Czuję go, jakby był tuż obok. W tej bibliotece. Przy mnie. Pamiętam spojrzenie jego szarych oczu. Był tak chłodny, tak poważny...
Kiedy próbuję sobie przypomnieć moje ostatnie wspomnienie z nim...
Jasna, szara plama, z ciemnymi oczami i ustami. Dlaczego... Dlaczego moje ostatnie w-wspomnienie z nim... musi być t-takie... szare i niewyraźne?!
- Eren, co to jest?
- Wygląda jak nadepnięty szczur...
- Posprzątaj go natychmiast.
Zgarnąłem szczura na szufelkę i wyrzuciłem na dwór, w krzaki. Zaraz potem spotkałem Hanji. Kiedy opowiedziałem jej o szczurze, uśmiechnęła się przepraszająco. Stwierdziła, że biegła i niechcący go nadepnęła - oczywiście nie zdążyła go uprzątnąć, bo jej się spieszyło. Warknąłem, ale ona jedynie rozczochrała mi włosy.
- Spokojnie! - rzuciła radośnie, odchodząc. - Widzimy się wieczorem!
Pamiętam, że wtedy nie było mi do śmiechu. Jednak teraz na samo wspomnienie kąciki moich ust lekko wznoszą się ku górze.
Kiedy wspominam....
- Hanji! Nie mogę...
- Spokojnie, Eren. - Jej głos był opanowany i delikatny, kiedy nachylała się nade mną. Jedną dłoń położyła na moim czole. Była niesamowicie chłodna. Odchyliła moją głowę w tył. - Otwórz oczy.
I tak niemal nic nie widziałem. Świat zdawał się być jedynie zlepkiem kolorowych plam, w dodatku światło zachodzącego słońca drażniło moje oczy. Chciałem je zamknąć, ale wiedziałem, że nie mogę. Zgodziłem się, zgodziłem się na ten eksperyment... Musiałem wytrzymać do końca.
Usłyszałem, jak Hanji potrząsa buteleczką, a następnie poczułem, jak zimna kropla wpada wpierw do prawego oka, a następnie do lewego. Zamrugałem- tak jak za pierwszym razem, za drugim, za siódmym- i zamknąłem na chwilę oczy, po czym je otworzyłem. Hanji skierowała ostre światło lampy na moją twarz. Ból ponownie zaatakował moją czaszkę. Krzyknąłem.
- Hanji, błagam, dość! Nie wytrzymam!
- Zamknij oczy, Eren! - Zamknąłem, ale powieki szczypały mnie nie miłosiernie. Ona- jak za pierwszym, drugim i siódmym razem- zaczęła je masować. Potem zadała pytanie - Widzisz coś?
- Szarość... wszystko jest szare... mgliste...
- Ostatni raz, Erenie. I poczekamy na efekty.
Odkładam książkę na stolik i rozmasowuję skronie palcami. Pamiętam ten ból do dzisiaj. Mimowolnie patrzę przed siebie, w najdalszy punkt w pomieszczeniu, i sprawdzam ostrość widzenia. Wszystko dobrze. Nic się nie zmienia od tego czasu...
Kiedy Hanji skończyła eksperyment...
- Skończyliście już?
Nie widziałem nic, ale głos kaprala rozpoznałem od razu. Powoli wstałem z krzesełka.
- Tak. Zobaczymy, jak jego ciało na to zareaguje. Obecnie nie widzi nic. Z czasem powinien odzyskać wzrok.
Zapadła cisza. Postąpiłem dwa kroki do przodu i niemal natychmiast potknąłem się o pieniek drzewa. Ciężko upadłem na ziemię.
- Co, jeśli wzrok mu nie wróci? - zapytał Levi, ale wątpiłem, żeby był w tym choć cień troski.
- Spokojnie. Mam antidotum. Dobrze wiesz, że nie podjęłabym się takiego zadania, gdybym nie była odpowiednio przygotowana!
Mozolnie podnosiłem się z ziemi, kiedy ktoś chwycił mnie za ramiona i dźwignął do góry.
- Chodź, Eren - usłyszałem tuż przed sobą - mam coś dla ciebie do roboty.
Nie dał mi żadnego znaku, że już idzie. Po prostu sobie poszedł. Ruszyłem więc za nim, powoli i ostrożnie. Słyszałem, jak Hanji zajęła się zbieraniem sprzętu. Po dłuższej chwili Levi chwycił mnie za nadgarstek, przeklął na mnie kilka razy i poprowadził do budynku.
Wstaję z krzesełka i przeciągam się. Zabieram książkę ze stolika i wchodzę między regały, szukając odpowiedniego oznaczenia. "B". Przyciągam do siebie drabinę i wchodzę po niej, wkładając książkę na odpowiednie miejsce. Nagle wydaje mi się, że słyszę kroki. Odwracam się, ale nikogo tu nie ma.
Kiedy przyprowadził mnie tutaj....
- Kapralu... co mam zrobić?
Posadził mnie na krzesełku przed biurkiem. Sam siadł po mojej prawej stronie.
- Przed sobą masz książki. Pogrupuj je według grubości.
- Mam liczyć strony?! - To już było przegięcie. Wyciągnąłem dłoń i dotknąłem grzbietu grubego tomiszcza.
- Nie. Możesz to zrobić na oko.
- Ugh... Dziękuję, kapralu...
Chyba się wtedy uśmiechnął. Tak mi się wydawało. Wieczór zleciał bardzo szybko. Później Levi oprowadzał mnie po całym budynku, stojąc niedaleko na wypadek, gdybym spadł ze schodów albo wszedł w filar. Po którejś rundzie otworzył przede mną drzwi.
Teraz wiem, że te drzwi nie prowadziły do moich lochów.
Kiedy padł kolejny rozkaz...
- Połóż się na łóżku.
Posłusznie wykonałem polecenie. Buty zrzuciłem na bok, a następnie ułożyłem się wygodnie na plecach. Po chwili materac ugiął się obok mnie.
- Kapralu...
- Daruj sobie te tytuły, Eren. - Siadł niedaleko, przy moim biodrze. - Bolą cię oczy?
- Bardziej głowa...
Nagle poczułem jego palce na swoich skroniach. Delikatnie rozmasowywał mi czoło w zupełnej ciszy. Byłem zaskoczony. Mimo to nie protestowałem, ciesząc się, że ból ustępuje. Owładnęła mną natomiast senność i spokój. Czułem się dobrze. Spokojnie. Nie wiem, jak długo mnie tak masował. Ale kiedy przestał, natychmiast otworzyłem oczy, pragnąc na niego spojrzeć. Ciemność.
Znowu masuję sobie skronie, wracając w stronę fotela. Jednak po chwili przystaję, czując, jak dreszcz przebiega mi wzdłuż pleców. Gdy tylko zamykam oczy, widzę ciemność, ale jednocześnie czuję też to, co było. To, co nie dawało mi spać przez noce.
Czuję go...
Kiedy się nade mną nachyla...
- Levi? - szepnąłem, odwracając głowę w jego stronę. Natychmiast pogłaskał mnie po głowie.
- Jestem tu. Już jest noc. Śpij.
Z dworu dobiegło nas pohukiwanie sowy, a także szum drzew na wietrze. Westchnąłem.
- To jest twój pokój, prawda...?
Przez chwilę mi nie odpowiadał. Ale kiedy się odezwał, poczułem jego oddech na swoim policzku.
- Tak, mój. Wolisz spędzić tę noc w podziemiach?
Nie zdążyłem odpowiedzieć. Jego usta zamknęły moje na jedną krótką chwilę- i na wiele długich sekund. Gdy się odsunął, z mojego gardła wydobył się pisk zaskoczenia.
- Levi...
- Cii. Możesz tutaj spać.
- A ty?
Zachichotał, wplatając palce w moje włosy i ponownie mnie całując. Tym razem dłużej, ale nie głębiej. Chciałem, aby trwało to jak najdłużej, chciałem, aby był tu przy mnie cały czas. Myślałem o nim nawet wtedy, gdy wyszedł umyć się do łazienki. I wtedy, gdy położył się obok, tyłem do mnie.
Ledwo zasnąłem- ale z szerokim uśmiechem.
Teraz stoję przed regałem z książkami biologicznymi, trzymając palce na ustach. Wtedy nie wiedziałem, czy to była jedynie zachcianka, kaprys, czy może coś poważniejszego. Wtedy nigdy nie myślałem o Levim w ten sposób.
A teraz serce wali mi jak szalone na samo wspomnienie. Opuszczam dłoń na pierś, zaciskając ją w pięść. Przełykam ślinę, patrząc niewidzącym wzrokiem na te wszystkie księgi. A wtedy potrafiłem widzieć, nie patrząc.
Zdusiłem w sobie krzyk i jednym, szybkim ruchem zrzuciłem tomiszcza z półek. Jedno. Po drugim. Gięły się i wyginały, kartki się zaginały, niektóre wypadały... Byłem wściekły.
Kiedy był blisko...
Byłem oparty plecami o jego tors. Siedzieliśmy na łóżku przy otwartym oknie. On cierpliwie masował mi powieki, tak jak zaleciła Hanji. Z każdym dniem widziałem coraz lepiej. Po masażu kładłem się na łóżku i dostawałem zimny okład na oczy.
- Jak teraz widzisz? - spytał się trzeciego dnia Levi, sprawdzając coś w papierach przy biurku.
- Widzę zarys twojej sylwetki. Nie odróżniam kolorów, jedynie odcienie szarości. Twojej twarzy też nie widzę. Mimo to jest lepiej niż wczoraj.
Nie skomentował, tylko skupił całą swoją uwagę na papierach. Ja z powrotem położyłem zimny okład na oczy, mimowolnie zapadając w sen.
Obudził mnie dopiero jego niecierpliwy pocałunek.
- Levi...?!
Całował mnie namiętniej niż zwykle, bardziej bezpośrednio. Zrzuciłem jedną ręką okład, a drugą się podparłem. Natychmiast zaczął całować moją szyję. Jego ręce błądziły po moim torsie, sprawiając, że oblał mnie rumieniec. Sprawiał wrażenie człowieka, który ma mało czasu i musi się spieszyć. Wzdrygnąłem się na samą myśl.
- Levi! Poczekaj!
Warknął tylko między jednym pocałunkiem a drugim, zaciskając palce na moich biodrach. Po chwili jednak zwolnił, aż ostatnie pocałunki złożył na moim ramieniu niemal z wahaniem.
- Nie chciałeś się obudzić, gdy byłem delikatny.
Wydałem z siebie coś między krzykiem a jękiem, łapiąc go za koszulę i przyciągając jego twarz do mojej.
- Co ty mi zrobiłeś?!
Widziałem tylko jasną plamę, na której były niemal czarne oczy i usta. Jego grzywka połaskotała moje czoło.
- Nic. Dopiero zacząłem, więc nic nie przespałeś.
- Co tak nagle cię wzięło?!
Nagle to on chwycił mnie za koszulę, wbijając pięści w moją klatkę piersiową i wyduszając ze mnie powietrze. Zaraz jednak rozluźnił ucisk.
- Wyjeżdżam. Będziesz pod opieką Hanji.
Upadam na kolana, patrząc na książki. Zadrżałem. Z trudem przełykam ślinę, powtarzając pod nosem przekleństwa. Zaczynam zbierać książki i układać je w stosy, prostując pogniecione i rozdarte kartki. Po chwili otaczają mnie kolumny książek. I bolesne wspomnienia.
Kiedy odzyskałem wzrok...
Jadłem w spokoju kolację, kiedy nagle Hanji wpadła do pomieszczenia otwierając drzwi tak szeroko, że walnęły w ścianę. Szybko przełknąłem i wstałem, patrząc na jej zastygłą w niedowierzaniu twarz. Usta miała lekko rozchylone, oczy szeroko otwarte, a okulary wsunięte na głowę niczym opaskę. Była blada i ciężko oddychała.
- Hanji, co się stało?!
Podeszła do mnie i chwyciła mocno za ramiona. Dopiero wtedy jej oczy zaszkliły się od łez.
- Eren... on... on nie żyje...
Nie słyszę nic. Jest cicho. Za cicho. Nabieram powietrza do płuc i krzyczę. Długo, przeraźliwie, przeciągle. Zwijam się na ziemi, wśród książek, które poukładałem. Wszystko, co było później, to tylko zbiór niewyraźnych obrazków. Widziałem wszystko. Widziałem jego zmasakrowane ciało. Gdyby mi nie powiedzieli, że to on... ja... nigdy nie zdołałbym... go odróżnić...
Wrzask.
Histeria.
Kiedy próbuję go sobie przypomnieć...
Czuję go, jakby był tuż obok. W tej bibliotece. Przy mnie. Pamiętam spojrzenie jego szarych oczu. Był tak chłodny, tak poważny...
Kiedy próbuję sobie przypomnieć moje ostatnie wspomnienie z nim...
Jasna, szara plama, z ciemnymi oczami i ustami. Dlaczego... Dlaczego moje ostatnie w-wspomnienie z nim... musi być t-takie... szare i niewyraźne?!
sobota, 27 lipca 2013
Wolność
Nie było już tylu Tytanów, aby mogły zmiażdżyć ludzkość. Ci Tytani, którzy ocaleli, błąkali się bez celu po świecie, czując, że TO, co się bało, teraz rozpoczęło łowy. Ostre łowy. Nie było zwierzyny, na którą mogli polować. Teraz to oni byli ICH zwierzyną.
Pierwszy raz... bali się.
Bali się ICH.
- C-co to jest?! - Armin gwałtownie wstrzymał konia. Mikasa również zatrzymała swojego, rozglądając się niespokojnie. Mocniej ścisnęła lejce, oddychając głęboko. Wzgórze gwałtownie opadało, ukazując miasto. Puste miasto. Ruiny. Sam widok wprawiał wszystkich w osłupienie. Kurz zalegał na dachach budynków, których potężne ściany osunęły się i poorały długie drogi. Wielkie tablice zionęły pustkami. Uliczne latarnie były powyginane i pozbijane. W tle stały potężne wiatraki, które zdawały się zaraz rozpaść przy byle podmuchu wiatru.
- Czy wiecie, jak pachnie śmierć? - odezwał się cicho Jean, bezmyślnie głaszcząc konia po szyi. Nikt się nie odezwał, jednak wszyscy jak na komendę wzięli głębszych wdech. Po chwili Jean dodał - Właśnie tak.
Kruk wrzasnął przeciągle i wzbił się tuż ponad głowami jeźdźców.
- Nie ma co tu siedzieć - westchnął kapral Levi, wyjeżdżając przed szereg. - Trzeba się temu przyjrzeć z bliska.
Odjechali nieco na wschód, znajdując mniej stromą drogę prowadzącą na dół. A potem wjechali do miasta. Dopiero teraz przekonali się, że to, co widzieli z góry, było żartem. Wśród opuszczonych budynków, rozbitego szkła, podartych materiałów i bezlistych, uschłych drzew czuli się nieswojo i obco.
- To wina Tytanów, prawda? - spytał Armin, schodząc z konia. Zadrżał, patrząc na zardzewiały szyld z niewyraźną resztką liter.
- To ich wina, że ludzie mieszkający tutaj... odeszli. - Eren spojrzał z ukosa na Mikasę, która przysunęła się nieco bliżej. - Zaniedbane i opuszczane miasto obróciło się w ruinę.
- Spodziewaliśmy się innego widoku... - stwierdziła dziewczyna z wyrzutem, otulając się szczelniej szalikiem. Armin podszedł do okna, w którym nie było szyby. Wskoczył do środka i się zachwiał. Zgarbił się i oparł jedną ręką o ścianę.
- Armin! - Eren zeskoczył na ziemię, rzucając lejce Mikasie. Szybko stanął przy oknie, chwytając przyjaciela za ramię. - Armin!
- W porządku... - szepnął blondyn. Wyprostował się powoli i odwrócił przodem w jego stronę. Po prostu... czujesz to?
Eren zamarł.
- Zapach zgnilizny... ale jakby...
- Zatęchły. Stary. Mięso... tu musi być mięso...
Armin był blady i wyglądał, jakby nadal miał ochotę zwymiotować. Mikasa zeszła ze swojego konia, zebrała wszystkie wierzchowce i przywiązała je do słupa niedaleko nich.
- Armin, przypilnuj koni, a my sprawdzimy z Erenem...
- Nie! - Armin przygryzł dolną wargę, po czym dodał - Pójdę z wami to sprawdzić. Dam radę.
Mikasa westchnęła, przeskoczyła przez okno i zdjęła szalik. Następnie oplotła nim Armina.
- Idziemy.
Minęli porozrzucane stoliki i popękany kontuar. Zapach dochodził z piwnicy. Eren nacisnął klamkę, ale ta nawet nie chciała się opuścić. Wyważył je więc kopniakiem, wzbijając w górę kolejne tumany kurzu. Zeszli po schodach w dół , otwierając kolejne drzwi. Było tu o wiele zimnej. Ziemia była wilgotna. Jakiś szczur przemknął tuż pod nogami Mikasy. Nadepnęła jego ogon, po czym od razu puściła. Armin podszedł do ogromnej półki. I zdusił krzyk.
- Mięso... - Stwierdziła Mikasa, przyglądając się zgniliźnie.
- Ludzkie...? - Spytał z obawą Armin, zamykając oczy.
- Wątpię. - Eren skierował się ku wyjściu. - Raczej zwierzęce. To wygląda mi na karczmę.
Znalazł go na dachu jednego z budynków. Stał z rękami założonymi na piersi, patrząc w dal. Nie zareagował na dźwięk jego kroków. Ciągle stał do niego tyłem, pozwalając, aby wiatr targał płaszcz. Skrzydła wolności zdawały się dławić brudem.
- Jesteśmy tu. - Wyszeptał Eren, stając obok.
- Jestem uczulony na kurz.
Eren otworzył usta, ale nic nie powiedział. Zamiast tego odchrząknął dyskretnie i przestąpił z nogi na nogę. W końcu spojrzał na kaprala. I zamarł. Na brudnych policzkach widniały ślady pozostawione przez łzy. Nagle ich spojrzenia się skrzyżowały.
- To była nasza wolność?
- To jest nasza przeszłość. - Eren stanął naprzeciw niego, łapiąc za nadgarstki. - Wiem, że wygląda to strasznie, ale hej, damy radę to naprawić! Tyle osiągnęliśmy, a mielibyśmy nie dać rady ze sprzątaniem?
Tak jak się spodziewał, Levi wcale się nie uśmiechnął. Jedynie oparł czoło o jego ramię, zaciskając palce na jego koszuli na plecach. Stali tak chwilę, wtuleni w siebie, pozwalając, aby ciszę przerywały jedynie nawoływania żołnierzy. W końcu Eren odsunął od siebie Leviego i potarł dłońmi jego zimne policzki. "Będzie dobrze" - szepnął mu w ucho, muskając je wargami.
- Nie pozwalaj sobie, Eren! - Warknięcie przypominało jedynie protest dziecka. Zaraz potem kapral usłyszał chichot. Już układał sobie w głowie kolejny protest, kiedy chłopak delikatnie go pocałował. Jego usta były ciepłe i delikatne. Pocałunek był czuły i pełny życia. Zupełnie nie pasujący do szarości wokół nich.
- Już niedługo będę mógł sobie pozwolić... - Eren spojrzał mu głęboko w oczy i uśmiechnął się delikatnie. - A ty, pozwolisz mi?
Levi przełknął ślinę. W końcu westchnął, brzydko przeklął, wplótł palce w jego włosy i przyciągnął jego twarz do siebie, stając na palcach.
Delikatnie. Przyzwalająco.
Obiecująco.
Przez ciężkie chmury przebiły się pojedyncze promienie słońca, przynosząc radość i nadzieję.
Pierwszy raz... bali się.
Bali się ICH.
- C-co to jest?! - Armin gwałtownie wstrzymał konia. Mikasa również zatrzymała swojego, rozglądając się niespokojnie. Mocniej ścisnęła lejce, oddychając głęboko. Wzgórze gwałtownie opadało, ukazując miasto. Puste miasto. Ruiny. Sam widok wprawiał wszystkich w osłupienie. Kurz zalegał na dachach budynków, których potężne ściany osunęły się i poorały długie drogi. Wielkie tablice zionęły pustkami. Uliczne latarnie były powyginane i pozbijane. W tle stały potężne wiatraki, które zdawały się zaraz rozpaść przy byle podmuchu wiatru.
- Czy wiecie, jak pachnie śmierć? - odezwał się cicho Jean, bezmyślnie głaszcząc konia po szyi. Nikt się nie odezwał, jednak wszyscy jak na komendę wzięli głębszych wdech. Po chwili Jean dodał - Właśnie tak.
Kruk wrzasnął przeciągle i wzbił się tuż ponad głowami jeźdźców.
- Nie ma co tu siedzieć - westchnął kapral Levi, wyjeżdżając przed szereg. - Trzeba się temu przyjrzeć z bliska.
Odjechali nieco na wschód, znajdując mniej stromą drogę prowadzącą na dół. A potem wjechali do miasta. Dopiero teraz przekonali się, że to, co widzieli z góry, było żartem. Wśród opuszczonych budynków, rozbitego szkła, podartych materiałów i bezlistych, uschłych drzew czuli się nieswojo i obco.
- To wina Tytanów, prawda? - spytał Armin, schodząc z konia. Zadrżał, patrząc na zardzewiały szyld z niewyraźną resztką liter.
- To ich wina, że ludzie mieszkający tutaj... odeszli. - Eren spojrzał z ukosa na Mikasę, która przysunęła się nieco bliżej. - Zaniedbane i opuszczane miasto obróciło się w ruinę.
- Spodziewaliśmy się innego widoku... - stwierdziła dziewczyna z wyrzutem, otulając się szczelniej szalikiem. Armin podszedł do okna, w którym nie było szyby. Wskoczył do środka i się zachwiał. Zgarbił się i oparł jedną ręką o ścianę.
- Armin! - Eren zeskoczył na ziemię, rzucając lejce Mikasie. Szybko stanął przy oknie, chwytając przyjaciela za ramię. - Armin!
- W porządku... - szepnął blondyn. Wyprostował się powoli i odwrócił przodem w jego stronę. Po prostu... czujesz to?
Eren zamarł.
- Zapach zgnilizny... ale jakby...
- Zatęchły. Stary. Mięso... tu musi być mięso...
Armin był blady i wyglądał, jakby nadal miał ochotę zwymiotować. Mikasa zeszła ze swojego konia, zebrała wszystkie wierzchowce i przywiązała je do słupa niedaleko nich.
- Armin, przypilnuj koni, a my sprawdzimy z Erenem...
- Nie! - Armin przygryzł dolną wargę, po czym dodał - Pójdę z wami to sprawdzić. Dam radę.
Mikasa westchnęła, przeskoczyła przez okno i zdjęła szalik. Następnie oplotła nim Armina.
- Idziemy.
Minęli porozrzucane stoliki i popękany kontuar. Zapach dochodził z piwnicy. Eren nacisnął klamkę, ale ta nawet nie chciała się opuścić. Wyważył je więc kopniakiem, wzbijając w górę kolejne tumany kurzu. Zeszli po schodach w dół , otwierając kolejne drzwi. Było tu o wiele zimnej. Ziemia była wilgotna. Jakiś szczur przemknął tuż pod nogami Mikasy. Nadepnęła jego ogon, po czym od razu puściła. Armin podszedł do ogromnej półki. I zdusił krzyk.
- Mięso... - Stwierdziła Mikasa, przyglądając się zgniliźnie.
- Ludzkie...? - Spytał z obawą Armin, zamykając oczy.
- Wątpię. - Eren skierował się ku wyjściu. - Raczej zwierzęce. To wygląda mi na karczmę.
Znalazł go na dachu jednego z budynków. Stał z rękami założonymi na piersi, patrząc w dal. Nie zareagował na dźwięk jego kroków. Ciągle stał do niego tyłem, pozwalając, aby wiatr targał płaszcz. Skrzydła wolności zdawały się dławić brudem.
- Jesteśmy tu. - Wyszeptał Eren, stając obok.
- Jestem uczulony na kurz.
Eren otworzył usta, ale nic nie powiedział. Zamiast tego odchrząknął dyskretnie i przestąpił z nogi na nogę. W końcu spojrzał na kaprala. I zamarł. Na brudnych policzkach widniały ślady pozostawione przez łzy. Nagle ich spojrzenia się skrzyżowały.
- To była nasza wolność?
- To jest nasza przeszłość. - Eren stanął naprzeciw niego, łapiąc za nadgarstki. - Wiem, że wygląda to strasznie, ale hej, damy radę to naprawić! Tyle osiągnęliśmy, a mielibyśmy nie dać rady ze sprzątaniem?
Tak jak się spodziewał, Levi wcale się nie uśmiechnął. Jedynie oparł czoło o jego ramię, zaciskając palce na jego koszuli na plecach. Stali tak chwilę, wtuleni w siebie, pozwalając, aby ciszę przerywały jedynie nawoływania żołnierzy. W końcu Eren odsunął od siebie Leviego i potarł dłońmi jego zimne policzki. "Będzie dobrze" - szepnął mu w ucho, muskając je wargami.
- Nie pozwalaj sobie, Eren! - Warknięcie przypominało jedynie protest dziecka. Zaraz potem kapral usłyszał chichot. Już układał sobie w głowie kolejny protest, kiedy chłopak delikatnie go pocałował. Jego usta były ciepłe i delikatne. Pocałunek był czuły i pełny życia. Zupełnie nie pasujący do szarości wokół nich.
- Już niedługo będę mógł sobie pozwolić... - Eren spojrzał mu głęboko w oczy i uśmiechnął się delikatnie. - A ty, pozwolisz mi?
Levi przełknął ślinę. W końcu westchnął, brzydko przeklął, wplótł palce w jego włosy i przyciągnął jego twarz do siebie, stając na palcach.
Delikatnie. Przyzwalająco.
Obiecująco.
Przez ciężkie chmury przebiły się pojedyncze promienie słońca, przynosząc radość i nadzieję.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)