Nie było już tylu Tytanów, aby mogły zmiażdżyć ludzkość. Ci Tytani, którzy ocaleli, błąkali się bez celu po świecie, czując, że TO, co się bało, teraz rozpoczęło łowy. Ostre łowy. Nie było zwierzyny, na którą mogli polować. Teraz to oni byli ICH zwierzyną.
Pierwszy raz... bali się.
Bali się ICH.
- C-co to jest?! - Armin gwałtownie wstrzymał konia. Mikasa również zatrzymała swojego, rozglądając się niespokojnie. Mocniej ścisnęła lejce, oddychając głęboko. Wzgórze gwałtownie opadało, ukazując miasto. Puste miasto. Ruiny. Sam widok wprawiał wszystkich w osłupienie. Kurz zalegał na dachach budynków, których potężne ściany osunęły się i poorały długie drogi. Wielkie tablice zionęły pustkami. Uliczne latarnie były powyginane i pozbijane. W tle stały potężne wiatraki, które zdawały się zaraz rozpaść przy byle podmuchu wiatru.
- Czy wiecie, jak pachnie śmierć? - odezwał się cicho Jean, bezmyślnie głaszcząc konia po szyi. Nikt się nie odezwał, jednak wszyscy jak na komendę wzięli głębszych wdech. Po chwili Jean dodał - Właśnie tak.
Kruk wrzasnął przeciągle i wzbił się tuż ponad głowami jeźdźców.
- Nie ma co tu siedzieć - westchnął kapral Levi, wyjeżdżając przed szereg. - Trzeba się temu przyjrzeć z bliska.
Odjechali nieco na wschód, znajdując mniej stromą drogę prowadzącą na dół. A potem wjechali do miasta. Dopiero teraz przekonali się, że to, co widzieli z góry, było żartem. Wśród opuszczonych budynków, rozbitego szkła, podartych materiałów i bezlistych, uschłych drzew czuli się nieswojo i obco.
- To wina Tytanów, prawda? - spytał Armin, schodząc z konia. Zadrżał, patrząc na zardzewiały szyld z niewyraźną resztką liter.
- To ich wina, że ludzie mieszkający tutaj... odeszli. - Eren spojrzał z ukosa na Mikasę, która przysunęła się nieco bliżej. - Zaniedbane i opuszczane miasto obróciło się w ruinę.
- Spodziewaliśmy się innego widoku... - stwierdziła dziewczyna z wyrzutem, otulając się szczelniej szalikiem. Armin podszedł do okna, w którym nie było szyby. Wskoczył do środka i się zachwiał. Zgarbił się i oparł jedną ręką o ścianę.
- Armin! - Eren zeskoczył na ziemię, rzucając lejce Mikasie. Szybko stanął przy oknie, chwytając przyjaciela za ramię. - Armin!
- W porządku... - szepnął blondyn. Wyprostował się powoli i odwrócił przodem w jego stronę. Po prostu... czujesz to?
Eren zamarł.
- Zapach zgnilizny... ale jakby...
- Zatęchły. Stary. Mięso... tu musi być mięso...
Armin był blady i wyglądał, jakby nadal miał ochotę zwymiotować. Mikasa zeszła ze swojego konia, zebrała wszystkie wierzchowce i przywiązała je do słupa niedaleko nich.
- Armin, przypilnuj koni, a my sprawdzimy z Erenem...
- Nie! - Armin przygryzł dolną wargę, po czym dodał - Pójdę z wami to sprawdzić. Dam radę.
Mikasa westchnęła, przeskoczyła przez okno i zdjęła szalik. Następnie oplotła nim Armina.
- Idziemy.
Minęli porozrzucane stoliki i popękany kontuar. Zapach dochodził z piwnicy. Eren nacisnął klamkę, ale ta nawet nie chciała się opuścić. Wyważył je więc kopniakiem, wzbijając w górę kolejne tumany kurzu. Zeszli po schodach w dół , otwierając kolejne drzwi. Było tu o wiele zimnej. Ziemia była wilgotna. Jakiś szczur przemknął tuż pod nogami Mikasy. Nadepnęła jego ogon, po czym od razu puściła. Armin podszedł do ogromnej półki. I zdusił krzyk.
- Mięso... - Stwierdziła Mikasa, przyglądając się zgniliźnie.
- Ludzkie...? - Spytał z obawą Armin, zamykając oczy.
- Wątpię. - Eren skierował się ku wyjściu. - Raczej zwierzęce. To wygląda mi na karczmę.
Znalazł go na dachu jednego z budynków. Stał z rękami założonymi na piersi, patrząc w dal. Nie zareagował na dźwięk jego kroków. Ciągle stał do niego tyłem, pozwalając, aby wiatr targał płaszcz. Skrzydła wolności zdawały się dławić brudem.
- Jesteśmy tu. - Wyszeptał Eren, stając obok.
- Jestem uczulony na kurz.
Eren otworzył usta, ale nic nie powiedział. Zamiast tego odchrząknął dyskretnie i przestąpił z nogi na nogę. W końcu spojrzał na kaprala. I zamarł. Na brudnych policzkach widniały ślady pozostawione przez łzy. Nagle ich spojrzenia się skrzyżowały.
- To była nasza wolność?
- To jest nasza przeszłość. - Eren stanął naprzeciw niego, łapiąc za nadgarstki. - Wiem, że wygląda to strasznie, ale hej, damy radę to naprawić! Tyle osiągnęliśmy, a mielibyśmy nie dać rady ze sprzątaniem?
Tak jak się spodziewał, Levi wcale się nie uśmiechnął. Jedynie oparł czoło o jego ramię, zaciskając palce na jego koszuli na plecach. Stali tak chwilę, wtuleni w siebie, pozwalając, aby ciszę przerywały jedynie nawoływania żołnierzy. W końcu Eren odsunął od siebie Leviego i potarł dłońmi jego zimne policzki. "Będzie dobrze" - szepnął mu w ucho, muskając je wargami.
- Nie pozwalaj sobie, Eren! - Warknięcie przypominało jedynie protest dziecka. Zaraz potem kapral usłyszał chichot. Już układał sobie w głowie kolejny protest, kiedy chłopak delikatnie go pocałował. Jego usta były ciepłe i delikatne. Pocałunek był czuły i pełny życia. Zupełnie nie pasujący do szarości wokół nich.
- Już niedługo będę mógł sobie pozwolić... - Eren spojrzał mu głęboko w oczy i uśmiechnął się delikatnie. - A ty, pozwolisz mi?
Levi przełknął ślinę. W końcu westchnął, brzydko przeklął, wplótł palce w jego włosy i przyciągnął jego twarz do siebie, stając na palcach.
Delikatnie. Przyzwalająco.
Obiecująco.
Przez ciężkie chmury przebiły się pojedyncze promienie słońca, przynosząc radość i nadzieję.
Kawariiiii <3 (dobrze napisałam? xD ) Świetnie się prezentuje.. :D
OdpowiedzUsuńPrzeurocze!~~♥
OdpowiedzUsuń